Włochy (Toskania) – Poppi, Arezzo, Civitella in Val di Chiana, Cortona

18.08.2016

Pierwsza noc na campingu minęła spokojnie. Wstaliśmy około godziny 7.00, wyspani i gotowi do podróży. (Nie wiemy dlaczego, ale śpiąc na łonie natury zawsze budzimy się wcześniej). Zjedliśmy śniadanie, złożyliśmy namiot i podekscytowani wyruszyliśmy do pierwszego miejsca, czyli do Poppi. 

Poppi to mała, średniowieczna miejscowość położona na północnym-wschodzie Toskanii, w dolinie Arno i ulokowana 30 km od Arezzo oraz 40 km od Florencji. W miejscu obecnego miasta, około 500 lat p.n.e., istniała osada Etrusków. Jednak zachowane zabudowania nawiązują do czasów średniowiecza, kiedy to miasteczko było siedzibą hrabiów z rodu Guidi, którzy przyczynili się do powstania zamku Castello dei Conti Guidi.

Warownia powstała w XII wieku i należała do opactwa San Fidele de Strumi. Kolejno w XIII wieku przeszła w ręce rodu Guidi, którzy ją rozbudowali. Budowla do dnia dzisiejszego zachowała się w bardzo dobrym stanie i można ją zwiedzić. Jednak dowiedzieliśmy się, że w środku mieści się wystawa obrazów, (a sztuka i malarstwo nie są naszą mocną stroną), więc postanowiliśmy skupić się zwiedzeniu miasteczka.

Miasteczko jest ładne. Zbudowane zostało z kamienia i chodząc po wąskich uliczkach oraz mijając stare budynki, czuć specyficzny klimat historii. Przyjrzeliśmy się zabudowaniom oraz ładnym, rozciągającym się wokół widokom, po czym pojechaliśmy dalej.

Kolejnym miejscem do którego zawitaliśmy było Arezzo. Jest to sporej wielkości miasteczko, które założone zostało przez Etrusków w VII w p.n.e. i zaliczano je do Ligi Dwunastu najważniejszych etruskich miast. Kolejno stanowiło rzymską kolonię. W mieście wytwarzano ceramikę, z których najbardziej znane były majoliki. Niestety, w różnych konfliktach i najazdach miasto podupadało, innym razem podnosiło się i zostawało odbudowywane. Ostatecznie zachowało się w dobrej formie i do dzisiaj można zobaczyć wiele budynków i dzieł sztuki.

Przeszliśmy Stare Miasto mijając po drodze tłumy turystów. Po ilości turystów wiadomo, które miejscowości są bardziej znane, a które można zwiedzić w spokoju. I z całą pewnością Arezzo należy do tej pierwszej kategorii. Dotarliśmy na Plazzo Pretorio którego budynki ozdobione są kolorowymi herbami wójtów, zarządzających miastem od XV do XVII wieku i na którym kilka dni wcześniej miała coroczna tradycyjna gonitwa konna.

Chcieliśmy wejść do Twierdzy Medyceuszy, ale okazało się, że zwiedzanie odbywa się do godziny 11.30, gdzie ostatnich turystów wpuszczają do godziny 11.00, a potem dopiero można wejść po godzinie 16.00. W pozostałe godziny nie można niczego pozwiedzać, bo Włosi mają sjestę.

Definicja sjesty mówi, że jest to „krótka drzemka we wczesnych godzinach popołudniowych, często po obiedzie”. Tylko, że włoska „krótka” przerwa, trwa zazwyczaj pomiędzy godziną 13 a 17 i wtedy próba załatwienia czegokolwiek mija się z celem i graniczy z cudem, ponieważ większość miejsc jest zamknięta. A jeśli restauracje i puby są czynne to obsługują klienta pięć razy wolniej niż normalnie. Rozumiemy, że Włosi mieszkają w cieplejszym klimacie, gdzie przez połowę roku jest ponad +30 stopni na termometrze w cieniu, ale dla obcokrajowców trudno jest dostosować się do ichniejszych godzin pracy. W większości krajów na świecie, czas włoskiej sjesty jest najbardziej efektywny. Wtedy załatwia się istotne sprawy, robi zakupy, wykonuje pracę, aby po południu odpocząć. Natomiast w południowych krajach Europy w najlepszych godzinach dnia panuje cisza i spokój, natomiast pomysł zwiedzenia jakiegokolwiek muzeum jest dla nich… śmieszny.

Jadąc na południe dotarliśmy do miejscowości o długiej nazwie Civitella in Val di Chiana. Miasteczko powstało za czasów Rzymian, jednak w VI wieku zostało umocnione przez ród Lombardów, którzy ufortyfikowali go, aby strzegło okolicy. Na szczycie wzgórza wniesiono w XI wieku zamek, który został zbombardowany podczas wojny i popadł w ruinę.

Niestety we Włoszech można zauważyć wiele niezadbanych ruin zamków, które cały czas niszczeją, aż któregoś dnia całkowicie znikną z powierzchni ziemi. Wielka szkoda, że państwo nie potrafi zadbać o swoje dziedzictwo. Owszem wiele zamków jest dobrze zachowanych (i udostępnionych do zwiedzania), ale te które już popadły w ruinę powinny zostać zabezpieczone i istnieć jako trwała ruina, stanowiąc pomnik przeszłości.

Pospacerowaliśmy po miasteczku, w którym nie było żywej duszy z powodu sjesty, zrobiliśmy kilka zdjęć uliczkom, ruinom i XI-wiecznemu, okazale się prezentującemu kościółkowi, po czym przegonił nas deszcz. Otóż około godziny 15.00 zaczęło się chmurzyć, po czym przez 15 minut padał deszcz, a godzinę później nie było już śladu po jakiejkolwiek ulewie. Takie jest włoskie lato.

Dotarliśmy do ostatniej miejscowości w mijającym dniu, czyli do Cortony. Jest to najbardziej malownicze miasteczko jakie udało nam się zobaczyć. Miejscowość należała do jednego z Ligi Dwunastu najpotężniejszych miast Etrusków i położona jest na (bardzo stromym) wzgórzu, skąd rozciąga się piękny widok.

Wiek murów miasta szacuje się na 3000 lat, natomiast przechadzając się wąskimi uliczkami, mijając XII-wieczny ratusz z ogromnymi schodami, XV-wieczny kościół czy XVI-wieczną Twierdzę Medyceuszy można poczuć się jak bohater historycznego filmu. Brakuje tylko ludności ubranej w szaty z dawnych epok i zamiast samochodów oraz skuterów – konne zaprzęgi, a byłoby idealnie.

Poszliśmy na obiad, gdzie zjedliśmy pyszną włoską pizze. Włoska pizza całkowicie różni się od polskiej. We Włoszech pizza ma bardzo cienkie ciasto, które jest grubo posmarowane sosem pomidorowym i posypane maksymalnie dwoma dodatkami. I co ciekawe, nie na każdej pizzy jest ser. Warto spróbować!

Po zwiedzeniu Cortony udaliśmy się na camping „Il Treccolo” w San Giovanni d’Asso. Camping posiada wydzielone działeczki i dobre warunki do przenocowania. Obsługa jest bardzo miła i co ważne mówi po angielsku (!).

Bardzo mało Włochów mówi w innym języku niż włoski. Jak się okazało, w restauracjach, sklepach i miejscach publicznych prawie nikt nie używa języka angielskiego, a porozumieć się można bardziej na migi, niż za pomocą mowy werbalnej. Jak mogliśmy zauważyć, we Włoszech panuje przekonanie, że to obcokrajowcy mają znać włoski, żeby porozumieć się z tubylcami, bo mieszkańcy nie zamierzają uczyć się języków, pomimo faktu, że rocznie do Włoch przyjeżdżają dziesiątki tysięcy turystów z całego świata…

Podsumowując: Przejechaliśmy 234 km. podczas, których mogliśmy pozachwycać się pięknem Toskanii – przyjrzeć się widoczkom, miasteczkom ulokowanym na wzgórzach, ciągnącym się polom uprawnym, winnicom i gajom oliwnym. Co ciekawe, jadąc do jednego w ustalonych punktów zatrzymaliśmy się na poboczu, żeby pomóc nawigacji się odnaleźć, kiedy obok nas zatrzymała się furgonetka, z której wyjrzał Włoch i płynną polszczyzną spytał jak nam pomóc. Okazuje się, że nawet na drugim końcu Europy można usłyszeć język polski albo spotkać rodaka.

Dodaj komentarz