Ujazd, Kurozwęki, Szydłów, Chańcza

18.06.2016

Po wietrznej i ciepłej nocy, nastał piękny i słoneczny ranek. Dzięki Ci Matko Naturo, że wiatr nie spłoszył pogody, gdyż zwiedzanie w deszczu nie jest niczym przyjemnym. 

Zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się w pierwsze miejsce, jakim jest największa atrakcja turystyczna województwa świętokrzyskiego, czyli zamek Krzyżtopór w Ujeździe. Z daleka ruiny zamku wyglądają niepozornie. Owszem, prezentują się ładnie, ale nie wyglądają na takie rozległe, jakie są w rzeczywistości. Urokliwe ruiny umiejscowione pośród pól i wzgórz, zapraszają do zgłębienia wszystkich tajemnic, więc zakupiliśmy bilety i nie czekając zbyt długo, zagłębiliśmy się w magię tego miejsca.

Nazwa zamku pochodzi z połączenia dwóch słów: „krzyż” – nawiązanie do wiary i „topór” – nawiązanie do herbu Ossolińskich. (Oba symbole są umieszczone na bramie wjazdowej do pałacu). Natomiast czas powstania datuje się na XVII wiek. Warownia wznoszona była przez 17 lat i koszt budowy zamku wyniósł właściciela – wojewodę sandomierskiego Krzysztofa Ossolińskiego, tyle ile potrzebowała cała Rzeczpospolita przez rok istnienia. Oznacza to, że była to największa i najwspanialsza magnacka rezydencja, jaka kiedykolwiek istniała. Uściślając, był to największy w Europie kompleks zamkowo-pałacowy, przed powstaniem francuskiego Wersalu.

Zamek powstał w typie palazzo infortezza, czyli łączył cechy rezydencji z cechami obronnymi. Dodatkowo wzniesiony został na planie regularnego pięcioboku, (pentagonu nawiązującego do mitologicznego boga wojny) oraz w oparciu o kalendarz: pałac – rok, 4 wieże – kwartały, 12 sal paradnych – miesiące, 52 komnaty – tygodnie, 365 okien – dni w roku. (Właściciela fascynowała regularność i magia liczb).

O bogactwie posiadłości krążyły legendy – w stajniach, znajdujących się kilka metrów poniżej poziomu morza, znajdowały się końskie żłoby wykonane z najdroższego i najszlachetniejszego marmuru, natomiast w każdym z zagłębień w murze umieszczone było kryształowe lustro, aby konie nie straciły wzroku z powodu ciemności. Inne wieści głoszą, że strop ośmiobocznej wieży przyozdobiony był akwarium z egzotycznymi rybami. Być może to tylko plotki, ale w każdej bajce istnieje ziarnko prawdy, więc z całą pewnością warownia za czasów świetności była olśniewająca i robiła niesamowite wrażenie.

Niestety, fundator nie miał zbyt wiele szczęścia i nie zdążył nacieszyć się swoim powstającym marzeniem, ponieważ rok po powstaniu warowni zmarł na atak febry. Podobnego pecha miał jego syn, który kilka lat później poległ w bitwie pod Zborowem. Kolejno warownia przechodziła przez ręce wielu rodzin, ale mieszkańcy nie mięli więcej szczęścia niż fundator i niedługo cieszyli się pięknem zamku, który po 11 latach istnienia został rozgrabiony przez Szwedów. Kolejno, starano się go wyremontować, ale obiekt nigdy już nie wyglądał tak, jak za czasów swej świetności. Natomiast doszczętnego zniszczenia, przez podpalenie, dokonały wojska rosyjskie w XVIII wieku. Smutny jest los, tej niezwykłej warowni, której pozostałości, (obecnie stanowi trwałą ruinę) prezentują się wytwornie.

Weszliśmy wgłąb obiektu, aby spenetrować pomieszczenia, podziemne zakątki oraz (w większości oświetlone) korytarze. Postanowiliśmy wejść wszędzie tam, gdzie tylko zezwolono, podziwiając potęgę i wzniosłość murów oraz wyobrażając sobie jak kiedyś zamczysko mogło wyglądać.

Kolejnym punktem w podróży był zespół pałacowy w Kurozwękach. Oglądając zdjęcia zapragnęliśmy zobaczyć go na własne oczy, jednak konfrontacja z rzeczywistością rozwiała nasze wyobrażenia o tym obiekcie.

Niegdyś, a dokładnie w XIV wieku, pałac był średniowiecznym zamkiem rycerskim otoczonym murami obronnymi. Jednak w XVI wieku został gruntownie przebudowany i zmienił swoje przeznaczenie z obronnego na mieszkalny. Po zmianach powstała barokowo-klasycystyczna rezydencja mieszkalna z dziedzińcem, dodatkowymi pawilonami i parkiem.

Obecnie pałac to hotel, sale konferencyjne i restauracja, (z której dobiegał zapach spalenizny). Można go zwiedzić, ale jedynie z przewodnikiem, który oprowadza po kilku komnatach, lochach i muzeum dotyczącym rodu Popielów. W muzeum znajduje się zbiór licznych przedmiotów codziennego użytku, pochodzących z różnych epok oraz liczne obrazy Józefa Czapskiego. (Dzięki którym utwierdziliśmy się w przekonaniu, że malarstwo nigdy nie będzie naszą mocną stroną).

Pałac ładnie się prezentuje od frontu, jest odnowiony i zachęca do wejścia głębiej. Od południa nie jest taki uroczy i wygląda na niedokończony, ale dostrzec można pozostałości średniowiecznych murów zamku. (Wielka szkoda, że obiekt nie zachował pierwotnego, średniowiecznego charakteru).

Oprócz pałacu można wybrać się do mini zoo, zobaczyć bizony amerykańskie (trochę większe żubry), wybrać się do stadniny koni albo do kukurydzianego labiryntu. Jednak, żadna z atrakcji nie zachęciła nas do tego stopnia, żeby dłużej zostać w Kurozwękach, więc udaliśmy się dalej.

Dotarliśmy do Szydłowa. Znajduje się tam średniowieczny zamek, otoczony solidnymi murami obronnymi i umiejscowiony w towarzystwie wiekowego miasteczka. Ale…

Docierając do celu naszym oczom ukazał się, wysoki na kilka i długi na 700 metrów, pochodzący z XIV wieku, mur okalający miasteczko, do którego dostać się można przechodząc przez bramę Krakowską, (ocalałą z trzech dawniej istniejących bram). Powędrowaliśmy w stronę średniowiecznego zamku, z którego nie zostało już zbyt wiele. Obiekt pełnił rolę zamku królewskiego, (został wzniesiony z polecenia króla Kazimierza Wielkiego w XIV wieku) i był zamieszkiwany sporadycznie. Pełnił rolę czasowej rezydencji. Niestety bardzo ucierpiał podczas kilku pożarów i działań wojennych. I chociaż usilnie starano się go odbudować, został opuszczony w XVIII wieku i pozostawiony samemu sobie. Obecnie zachowały się ruiny sali rycerskiej, brama zamkowa i skarbczyk – budynek mieszkalny, w którym dziś mieści się muzeum. Szczerze mówiąc, myśleliśmy, że z dobrze rozreklamowanego zamku zostało coś więcej niż kilka ścian, do których wstęp jest płatny, dlatego nieszczególnie zachwyciło nas to, co zobaczyliśmy i skierowaliśmy kroki w stronę niewielkiego miasteczka.

Miejscowość jest prawie wyludniona, na każdym kroku można natknąć się na informację o możliwości wynajmu lub kupna mijanych lokalów. Natomiast jedynym obiektem, który jest dobrze utrzymany i wygląda elegancko jest… kościół, (ale jakże mogłoby być inaczej).

Kolejnym punktem, do którego się udaliśmy, był zalew Chańcza. I tutaj kolejny raz okazało się, jak łatwo można pomieszać fakty, ponieważ usilnie myśleliśmy, że jest to najgłębsze jezioro w Polsce, o którym uczą na lekcjach geografii. Jednak jego lokalizacja nie dawała nam spokoju… I okazuje się, że istnieją dwie takie same nazwy akwenów wodnych, z małą różnicą, że jeden pisze się przez „ch”, a drugi przez „h”. Język polski potrafi spłatać figla…

Uściślając, w województwie świętokrzyskim, znajduje się zalew Chańcza, pełniący rolę zbiornika retencyjnego, sztucznie powstałego i posiadającego zaporę oraz małą elektrownię wodną. Natomiast w województwie podlaskim, znajduje się ta oryginalna Hańcza, będąca naturalnym jeziorem powstałym na skutek działalności lodowca.

Pospacerowaliśmy brzegiem zalewu, mijając wiele biwakujących i wygrzewających się na słońcu osób. Przyjrzeliśmy się mężczyznom ścigającym się z wiatrem, na skuterach wodnych i widząc, że brzeg się kończy, zawróciliśmy i udaliśmy się coś zjeść.

Podsumowując: Dzień spędziliśmy w towarzystwie historii i geografii. Zobaczyliśmy kilka ciekawych i tych mniej fascynujących zabytków oraz dowiedzieliśmy, że zalew to nie to samo co jezioro, pomimo takiego samego brzmienia nazwy. Natomiast czas zwiedzania warowni Krzyżtopór, wyniósł (nieśpiesznym krokiem), jakieś 1,5 godziny i z ręką na sercu polecamy malownicze ruinki każdemu pasjonatowi takich miejsc, ponieważ obiekt imponuje i posiada niesamowity klimat.

Dodaj komentarz