Opatów

17.06.2016

Nadszedł wolny, ciepły i słoneczny weekend, pełen możliwości wyjazdowych, więc szybciutko spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i wybraliśmy się spenetrować województwo świętokrzyskie. Zatrzymaliśmy się w Opatowie, w hotelu Miodowy Młyn, który obraliśmy za bazę noclegową. 

Opatów to niewielkie, historyczne miasteczko położone w województwie świętokrzyskim na terenie 10 km². Dawniej stanowił jeden z najstarszych grodów na ziemi sandomierskiej, powstały na przełomie X i XI wieku. Najprawdopodobniej, (co nie zostało dowiedzione historycznie, a istnieje tylko wzmianka w kronikach Jana Długosza) stacjonowali tam templariusze, po których pozostałością ma być kolegiata św. Marcina. Miasteczko zostało zniszczone przez Tatarów, a następnie podniesione z ruin, odbudowane i ufortyfikowane przez kanclerza wielkiego koronnego Krzysztofa Szydłowieckiego. Z tego okresu zachowały się do dziś pozostałości murów miejskich z jedyną zachowaną bramą – Warszawską. Podczas II wojny światowej na terenie miasta prowadzono działalność podziemną, a oddział partyzancki Jędrusiów przeprowadził pomyślną akcję odbicia więźniów z miejscowego więzienia. Od tego czasu jednak wiele się zmieniło i dzisiaj można znaleźć w miasteczku ciszę, spokój oraz kilka ciekawych pozostałości historii.

Pozostawiliśmy samochód na parkingu i wybraliśmy się zobaczyć miasto oraz coś zjeść. Kierując się w stronę Starego Miasta, przekroczyliśmy bramę Warszawską strzegącą wejścia do miasteczka, na której widnieje dobrze zachowany herb rodziny Szydłowieckich, podtrzymywany przez smoka. Jest to jedyna brama ocalała spośród czterech niegdyś istniejących (Krakowskiej, Lubelskiej i Sandomierskiej). Brama stanowi pozostałości fortyfikacji miasta i po renowacji prezentuje się elegancko.

Tuż za bramą znajduje się kolegiata św. Marcina. (Jest to kościół, przy którym istnieje zespół duchownych w radzie kanoników, którzy posiadają moc wyboru biskupa – tak, człowiek uczy się przez całe życie). Kościół powstał w XII wieku i stanowi jeden z największych zabytków architektury romańskiej w Polsce. Oczywiście nie posiada oryginalnego kształtu, ponieważ był kilkakrotnie przebudowywany, ale wygląda dobrze, (jak większość obiektów sakralnych, wspieranych pieniężnie przez wiernych). Kolegiata rozsławiona została dzięki znajdującej się wewnątrz XVI-wiecznej płaskorzeźbie odlanej z brązu, zwanej Lamentem Opatowskim. Płyta przedstawia scenę rozpaczy mieszkańców Opatowa po otrzymaniu wiadomości o śmierci właściciela – kanclerza miasta. (Musiał być wspaniałym gospodarzem, skoro mieszkańcy tak przeżyli jego śmierć).

Zrobiliśmy kilka zdjęć kolegiacie i udaliśmy się na rynek. Znajduje się tam XVI-wieczny ratusz, kilka kamienic i specyficzna, zamurowana studnia (wyglądem bardziej przypominająca glorietę, niż miejsce, w którym pozyskuje się wodę). Natomiast pod rynkiem ciągnie się Podziemna Trasa Turystyczna, pozwalająca zagłębić się w czeluści podziemnych korytarzy i piwnic. Chcieliśmy przejść wyznaczonym szlakiem, ale bilety są sprzedawane z opcją „przewodnik”, bez którego nie można dostać się do podziemi, więc podziękowaliśmy. Cóż to za przygoda, kiedy podczas zwiedzania jest się prowadzonym, jak za rękę, przez osobę strzegącą tajemnic? Nie ma radości z poszukiwania domniemanych sekretów i skarbów…

Wędrując po okolicy, dotarliśmy także do parku miejskiego, w którym natknęliśmy się na lapidarium kamiennych tablic, pochodzących z cmentarza żydowskiego z dalej lub bliżej nieokreślonego czasu historycznego. (Nie można było odczytać dat na nagrobkach). Następnie powróciliśmy do pokoju, w którym postanowiliśmy skumulować energię przed kolejnymi dniami podróży.

Podsumowując: Chcąc dotrzeć do celu przebyliśmy 300 km. Pogoda dopisała, słoneczko przygrzewało (32 stopnie w cieniu) i byłoby idealnie, gdyby nie dokuczliwy, porywisty wiatr zwiastujący zmiany 🙂

Dodaj komentarz