Słowenia – Smlednik, Škofja Loka, Begunje, Bled, Vintgar

22.07.2015

Noc minęła spokojnie, natomiast poranek wraz z pierwszymi promieniami słońca zapowiadał bezchmurny, upalny dzień. Dowiedzieliśmy się, że niedaleko miejscowości, w której nocowaliśmy, znajdują się ruiny średniowiecznej warowni. Żal byłoby je przeoczyć. Dlatego zaraz po śniadaniu obraliśmy kierunek na ruiny zamku, w miejscowości Smlednik

Pierwsze wzmianki o zamku pochodzą z XII wieku. Stworzony został w stylu renesansowym i posiadał potężną wieżę obronną, otoczoną fosą. Następnie rozbudowano obiekt, powiększając go o dodatkowe budynki włączone w mury obronne, dzięki czemu nadano warowni kształt trapezu. Po trzęsieniu ziemi w XVI wieku, zamek odbudowano, dodając mieszkalną kondygnację. W XVII wieku został odrestaurowany, natomiast pół wieku później opuszczono go, przez co zaczął niszczeć. Zamek stanowi najczystszą formę projektowania i rozwoju średniowiecznej warowni w centralnej Słowenii.

Pochodziliśmy po murach, skąd rozciągał się ładny widok na okoliczne miasteczka i góry, po czym wybraliśmy się do miejscowości Škofja Loka – zabytkowego miasta powstałego w X wieku. Miasteczko jest ładne i pełne zdobionych kamienic, pochodzących z XVI wieku. Wcześniejsze zabudowania, jakie rozwinęły się w mieście, uległy zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi i pożarów nawiedzających miejscowość.

Jak zawsze wybraliśmy się zobaczyć najciekawszą część miasta, czyli Stare Miasto, w którym można znaleźć: górujący nad miastem, XIII-wieczny Zamek Biskupi, w którym swoją siedzibę ma muzeum, XIV-wieczny kamienny Kapucyński Most, XVI-wieczny budynek Ratusza oraz barokową kolumnę morową, pochodzącą z XVIII wieku. Miasto otoczone zostało potężnymi murami obronnymi z pięcioma bramami miejskimi, które zachowały się do czasów obecnych i przypominają o dawnej świetności.

Wydrapaliśmy się na zamek, przeszliśmy przez bardzo stary most kamienny, wzniesiony nad rzeką, pospacerowaliśmy wąskimi uliczkami, przyglądając się zabytkowym kamienicom oraz spróbowaliśmy lokalnych lodów.

Co ciekawe w Słowenii, bez problemu można porozumieć się w języku angielskim – nie ważne czy mamy do czynienia z nastolatkiem czy z osobą w średnim wieku. Myśleliśmy, że może tak jest w miastach, do którego przyjeżdża wielu turystów, ale po przemierzeniu kraju z północnego-wschodu na południowy-zachód, możemy stwierdzić, że 90% mieszkańców, dobrze posługuje się językiem angielskim.

Dotarliśmy do Begunje, w którym znajdują się ruiny zamku Kamen. Samochód pozostawiliśmy w lesie, po czym wyruszyliśmy zobaczyć co pozostało po dawnej warowni.

Zamek pochodzi z XII wieku, powstał na wysokim skalnym tarasie i pierwotnie stanowił romańską wieżę obronną. Wiek później w sąsiedztwie wieży wybudowano warowny budynek mieszkalny, który w XV wieku został rozbudowany. Sto lat później zamek przeszedł w ręce rodu Habsburgów, którzy nadali mu kształt potężnej twierdzy. Niestety została ona opuszczona i do dzisiaj zachowały się tylko ruiny kaplicy zamkowej, XIII-wiecznej wieży oraz XVI-wiecznej kuchni.

Po wyczerpaniu miejsc do obfotografowania wybraliśmy się do Bledu. Znajduje się tam zamek, zbudowany na wysokiej skale, skąd roztacza się piękny widok na jezioro, na środku którego można znaleźć romantyczną wyspę i kościół, a wokół którego rozwinęła się turystyka. Jest to jedno z najbardziej znanych miejsc na Słowenii, rozpoznawane na całym świeci, które jest oblegane przez turystów, co jest odbija się w cenie biletu wstępu na zamek (9 € od osoby). Jednak na naszej mapie Bled oznaczony był wykrzyknikiem, więc postanowiliśmy wejść i przekonać się czy cena wstępu jest warta tego, co zobaczymy za bramą wejściową.

Zamek pochodzi z XI wieku i stanowi jedną z najstarszych warowni na Słowenii. Z tarasów rozciąga się piękny górski krajobraz, natomiast wewnątrz mieści się restauracja, sklep z pamiątkami, piwniczka-winiarnia i muzeum, gdzie eksponowane są przedmioty związane z historią regionu, od epoki brązu po czasy współczesne. Można zobaczyć kilka skamieniałości, przedmioty znalezione podczas prac wykopaliskowych (monety, biżuteria, szkielety), ubrania ludności sprzed wieków, kilka bardzo starych pieców kaflowych oraz drukarnię. Można także wyjść na wieżę obronną i nacieszyć oczy widokami.

Po zejściu z zamku przejechaliśmy wokół jeziora, i udało nam się z bliższa uwiecznić wysepkę. (Co nie było łatwe, ponieważ wszędzie poustawiane są zakazy parkowania).

Kolejno udaliśmy się do wąwozu Vintgar, niesamowitego miejsca, w którym można zbliżyć się do natury. Wąwóz znajduje się na terenie Triglavskiego Paku Narodowego (jedynego na Słowenii). Natomiast jego nazwa pochodzi od niemieckiego słowa „Weingarten”, które oznacza „ogród winny”, a które nawiązuje do krętej trasy rozpadliny wyżłobionej przez rzekę Radovnę, przypominającą kształtem wijące się winorośle.

Jest to wyjątkowe miejsce, którego skalne brzegi sięgają nawet 300 metrów i porośnięte są bujną roślinnością. Trasa wąwozu (w jedną stronę) wynosi 1,6 km i prowadzi przez szereg drewnianych kładek i mostków zawieszonych nad spienioną wodą i szumiącymi wodospadami. Jednak oprócz walorów przyrodniczych, można zobaczyć małą elektrownię wodną, a także kamienny wiadukt kolejowy biegnący wysoko ponad drzewami.

Pokonanie trasy w obie strony zajęło nam ponad 2 godziny. Szliśmy nieśpiesznym krokiem, napawając się pięknem otaczających krajobrazów i ustępując miejsca turystom, którym bardzo się spieszyło, a których tempo wędrówki było kilkukrotnie większe niż nasze. Ale po co tak gnać? Będąc w malowniczym miejscu, warto się zatrzymać, odetchnąć i cieszyć chwilą, czerpiąc z niej przyjemność…

Dzień jeszcze nie chylił się ku zachodowi, więc podjęliśmy decyzję, żeby udać się w stronę morza i tam znaleźć nocleg. Dlatego przemierzyliśmy 110 km, przejeżdżając przez Włochy (o czym zorientowaliśmy się, po dostrzeżeniu przekreślonej tabliczki z nazwą państwa). Dotarliśmy do miejscowości Podsabotin, gdzie spędziliśmy nocleg w pięknej willi „Pri Bregarju”, urządzonej we włoskim stylu i położonej na wzgórzu pomiędzy winnicami.

Podsumowując: Przejechaliśmy 240 km i zobaczyliśmy wiele ciekawych miejsc. O godzinie 8.00 rano było +30 i z każdą godziną temperatura rosła, dobijając do +37 stopni powyżej zera. Warto zauważyć, że Słowenia, jest nieodkryta przez obcokrajowców (może z wyłączeniem kilku rozreklamowanych miejsc, takich jak Bled czy wąwóz Vintgar, który mimo wszystko, polecamy przejść niespiesznym krokiem). Jednak najczęściej mniej znane miejsca zwiedzaliśmy tylko we dwójkę, albo w towarzystwie kilku innych osób (idących własną ścieżką, tak jak my). A szkoda, ponieważ cały kraj jest niesamowity 🙂

Dodaj komentarz