Słowacja – Spisz, Likava, Orawskie Podzamcze

18.08.2014

Wstaliśmy dosyć wcześnie, wyspani i pełni energii, aby (ku zdziwieniu gospodarzy) już po godzinie 7 zejść na śniadanie. Postanowiliśmy jak najwcześniej wybrać się na planowany podbój zamku Spisz i tym razem zwiedzić warownię, choćby nie wiadomo co… Musieliśmy tylko poczekać na otwarcie bramy, (ponieważ byliśmy przed czasem), po czym jako pierwsi weszliśmy na dziedziniec. Wstęp kosztował 5€ od osoby, ale pomimo ceny warto tam wejść. 

Zamek powstał na przełomie XI/XII wieku i pełnił funkcję twierdzy granicznej na północy państwa węgierskiego, a w XV wieku trafił w ręce palatyna węgierskiego – Stefana Zápolya, który go przebudował. Obecnie stanowi jeden z największych zespołów zamkowych w Europie Środkowej, ponieważ położony jest na powierzchni 4 ha. Ruiny zamku są częściowo zrekonstruowane, ale można wejść do każdego pomieszczenia natykając się na elementy przeszłości w postaci muzealnej ekspozycji.

Było 10 stopni i cały zamek spowiła gęsta mgła, która z każdą minutą rozstępowała się przed nami, ukazując kolejne elementy i budynki. Owa mgła dodawała warowni uroku i utrzymywała nas w wyjątkowym klimacie, jaki towarzyszy odkrywcom. Jednak największe wrażenie zrobiło na nas wyjście na wieżę. Kiedy stanęliśmy na szczycie dostrzegliśmy szczyty gór wystające spomiędzy chmur. W tym momencie powiedzenie „bujać w obłokach” oraz „stać z głową w chmurach” było jak najbardziej prawdziwe i sami tego doświadczyliśmy. To było coś wspaniałego!

Po zejściu z wieży obeszliśmy ogromny obszar zamku, natrafiając na susły. Pierwszy raz spotkaliśmy te małe zwierzątka, które opanowały zielone tereny warowni i grzały się w promieniach słońca, wystając ze swoich norek. Programista zrobił kilka zdjęć, po czym zdecydowaliśmy się zejść na parking, przebrać, bo temperatura podskoczyła do 18 stopni i pojechać dalej.

Kolejnym punktem podróży były ruiny zamku Likava. Jednak, aby tam się dostać, należy przejść parę kilometrów ścieżką przez las. Po dotarciu na miejsce zobaczyliśmy sporej wielkości ruiny, do których wstęp kosztował 2€ od osoby i 1€ za aparat. Skoro przeszliśmy kawał drogi, aby tam dotrzeć postanowiliśmy przekonać się co zamek ma do zaoferowania. Niestety, ku wielkiemu rozczarowaniu, wejść można było tylko na wieżę i dziedziniec, a reszta obiektu pozostała niedostępna dla zwiedzających. Zasada chyba jest prosta, ale niekoniecznie znana Słowakom: jeśli pobieram pieniążki to udostępniam wszystko i staram się zainteresować przybywających wędrowców, a jeśli nie mam nic do zaoferowania to nie pobieram opłaty, aby turyści nie czuli się rozczarowani.

Spróbowaliśmy jeszcze raz i wybraliśmy się do zamku Orawskiego, jednego z najpiękniejszych w kraju. Był to kolejny, obowiązkowy punkt wyprawy, który bardzo chcieliśmy zobaczyć i który z oddali prezentował się niesamowicie.

Na parkingu zostaliśmy pozbawieni 3,5€, po czym dowiedzieliśmy się, że:

  1. Wstęp kosztuje 5€ od osoby i 3€ za aparat.
  2. Nie można zwiedzać zamku bez przewodnika.
  3. Najbliższy przewodnik dla grupy anglojęzycznej będzie oprowadzał za 2 godziny.
  4. Chcąc dostać się do zamku z grupą słowacką, wejdziemy najszybciej za godzinę, ponieważ, o określonej godzinie, wprowadzane są małe kilkuosobowe grupy, a przed warownią zebrał się już spory tłum turystów.
  5. …..

Po usłyszeniu wyżej wymienionych zasad poczuliśmy rezygnację, gdyż fakt ten przelał czarkę irytacji, jaka zdążyła się uzbierać w stosunku do tego kraju. Dlatego śmiejąc się już z tego wszystkiego poszliśmy na obiad, mając widok na ładnie prezentujący się zamek.

Pomimo tego, że zostało nam jeszcze kilka punktów wyprawy, postanowiliśmy zobaczyć je przy okazji, albo podczas jakiejś jednodniowej wycieczki, po czym udaliśmy się w stronę domu. Po drodze towarzyszyły nam piękne widoki na Tatry Wysokie, które uwieczniliśmy na zdjęciach.

Podsumowując: Ogólna suma kilometrów naszej wakacyjnej wyprawy na Słowację wyniosła liczę 1550.

Szykujac się do wyprawy, mięliśmy przed oczami obraz niezwykłych miejsc i spokojnego kraju. Jednak okazało się, że państwo po wejściu do strefy Euro, całkowicie się zmieniło. Nie wie czego chce, chłodno odnosi się do Polaków, a ceny noclegów, biletów wstępu, paliwa i jedzenia (z wyjątkiem obiadów) są droższe niż w Polsce. Natomiast najbardziej zdziwił nas fakt, że mieszkańcy odgradzają winnice płotami zakończonymi drutem kolczastym (?!)

Jednak podczas podróży zobaczyliśmy wiele pięknych widoków gór, lasów, łąk i pól. Mogliśmy przyjrzeć się licznym miasteczkom, historycznym budynkom oraz ruinom, przeżyć ulewę pod namiotem, smakować kawę w niezbyt urodziwej Bratysławie, dosłownie stać z głową w chmurach i co najważniejsze, cieszyć się ze wspólnego podróżowania oraz wspólnego spędzania czasu. Tak więc, pomimo narzekań nie była to zła wyprawa… Zawsze mogło być gorzej 😀

Dodaj komentarz