Słowacja – Smolenice, Častá, Pezinok

15.08.2014

Dzień zapowiadał się dobrze, pomimo nagłej pobudki którą zawdzięczamy… stadu kóz. Po złożeniu legowiska i zjedzeniu śniadania wybraliśmy się zwiedzać. Naszym pierwszym miejscem był zamek w Smoleniach, (w którym urządzono centrum konferencyjne, przez większość roku nieudostępnione do zwiedzania, z wyłączeniem lipca i sierpnia). Zamek położony jest na wzgórzu i otacza go ogromny zadbany park angielski. Budowla nie jest oryginalna, gdyż spłonęła w XIX wieku, po czym przez długie lata była odnawiana. Dzisiaj stanowi rekonstrukcję pałacu w bliżej nieokreślonym stylu architektonicznym, wewnątrz którego mieszczą się sale konferencyjne i pokoje hotelowe. 

Pojechaliśmy dalej, docierając do miejscowości Častá, w której znajduje się zamek Czerwony Kamień. Podobno, jest to jedna z lepiej zachowanych twierdz na Słowacji, powstała w XIII wieku i wielokrotnie przebudowywana. Ale szczerze mówiąc jest to zwyczajny dwór. Przypomina on zwykły, otynkowany na biało, symetryczny budynek z wybrukowanym dziedzińcem, ładnym ogrodem i muzeum z ekspozycją, poświęconą stylowi życia szlachty na przestrzeni wieków.

Nie wchodziliśmy do środka, bo ceny biletów są bardzo wysokie i obowiązywał zakaz robienia zdjęć. Po co dyrekcja wprowadza zakaz fotografowania wnętrz? Boją się, że zdjęcia pojawią się w sieci i będzie niewielu zwiedzających? Czy może boją się, że ich eksponaty zostaną uszkodzone lub napromieniowane migawką aparatu i się rozpadną? Nie wiemy… Jakoś inne zabytki można fotografować i pomimo tego, że później ich oblicza pojawiają się w Internecie, to turyści wciąż chcą je zobaczyć na własne oczy. Dlatego rozejrzeliśmy się wokół, uwieczniając dziedziniec z dobrze zachowanym kartuszem, bramą wejściową, fontanną i studnią, po czym i wybraliśmy się dalej.

Kolejnym punktem naszej trasy był Pezinok. Miasteczko jest nieduże, ma kilka ładnych budynków i bardzo brzydki pałac. Nie utrwaliliśmy go na zdjęciach, bo szkoda żeby aparat się zepsuł na jego widok. A mówiąc serio, dawny pałac to ruina, ale nie taka ruina jakie lubimy oglądać, ale zbiór odrapanych, popisanych i rozpadających się ścian. Jedynym użytkowym pomieszczeniem jest sklepik-piwniczka sprzedająca wina, a cała reszta jest pusta i się wali. Szkoda, że nikt tego nie remontuje, bo kiedyś musiała to być elegancka posiadłość, którego pozostałością jest zadbany park, z pawiami i innym ptactwem.

Dojechaliśmy do Bratysławy. Znaleźliśmy camping „Złote Piaski”, gdzie wybraliśmy dogodne miejsce pod drzewem i rozstawiliśmy namiot. Postanowiliśmy poczekać na wieczór i wybrać się na nocne zwiedzanie stolicy, pomimo tego, że z każdą godziną napływało więcej chmur. Mając nadzieję, że jednak się rozpogodzi, około godziny 19.00 pojechaliśmy do centrum, gdzie jak na złość się rozpadało. Chcąc przeczekać ten „przelotny” deszczyk wybraliśmy się do kawiarni znajdującej się niedaleko zamku. Ku naszemu zdziwieniu w ciągu 20 minut główna droga zamieniła się w rzekę.

Prosząc pogodę o łaskę i wyrozumiałość wróciliśmy na camping sprawdzić czy chmury burzowe już tam dotarły, czy może namiot jeszcze jest suchy. Ale jak to w naturze bywa i tam zastaliśmy ulewę. Na szczęście nasze igloo w 99% nie przemaka (pozostały 1% to zamki, które nie stanowią dużego problemu), dzięki czemu przetrwaliśmy noc w suchym miejscu 🙂

Podsumowując: Przejechaliśmy 145 km i utwierdziliśmy się w przekonaniu, że bilety wstępu na słowackie zamki kosztuje krocie. Słowacy posiadają europejską walutę, ale to nie zobowiązuje ich do wprowadzania astronomicznych kwot za wstęp. Jednak jeśli bilet kosztuje parę euro, to życzymy sobie mieć możliwość robienia zdjęć oraz zobaczyć coś adekwatnego do owej kwoty, a nie stos kamieni czy szczątki rozpadających się ścian.

Dodaj komentarz