Słowacja – Lupcza, Krasna Horka, Betliar

17.08.2014

Wstaliśmy wcześnie i po stwierdzeniu, że żyjemy i nic nas nie pogryzło, zjedliśmy śniadanie, po czym wybraliśmy się w pierwsze miejsce nadchodzącego dnia, czyli do zamku w Lupcy. Niestety wczesna pora nie pozwoliła nam wejść do środka, ponieważ obiekt był jeszcze zamknięty. Cóż, mówi się trudno i jedzie dalej, zwłaszcza, że mieliśmy zaplanowane zwiedzanie zamku Krásna Hôrka, który był obowiązkowym punktem wyprawy. 

Po dostrzeżeniu pożądanego celu, coś zaczęło nam podpowiadać, że nadchodzący dzień nie będzie taki jakbyśmy chcieli. Otóż, zamek Krásna Hôrka nie wyglądał tak jak powinien. Okazało się, że został częściowo rozebrany, brakowało mu dachu i zamiast pięknej budowli ze stożkowymi daszkami, widniały gołe ściany i żuraw w tle. Podjechaliśmy pod mury mając nadzieję, że to zwyczajna fatamorgana i za chwilkę naszym oczom ukaże się piękna warownia, ale okazało się, że to prawdziwy widok. Wokół budowli nie było żywej duszy, do środka wejść nie można i nic się nie działo. Szkoda, bo bardzo chcieliśmy wejść do środka. Chwilę popatrzyliśmy na plac budowy, po czym ustaliliśmy, że pojedziemy szturmem zdobyć zamek Spisz, choćby miał być niedostępny dla zwiedzających.

Po drodze zatrzymaliśmy się w pałacu Betliar, gdzie już na dzień dobry, musieliśmy zapłacić 2,5€ za parking. Weszliśmy na teren posiadłości i zobaczyliśmy pałacyk – oczywiście, aby wejść do środka i zobaczyć komnaty, trzeba zapłacić parę euro, dlatego poszliśmy rozejrzeć się po ogrodach.

Pałac jest reprezentacyjną siedzibą łowiecką rodu Andrássy i powstał w XVIII wieku. Nie uległ zniszczeniu i z niewielkimi zmianami zachował się po dzień dzisiejszy. Wewnątrz budynku znajduje się biblioteka, założona przez właściciela dworu, z imponującą kolekcją 14 tysięcy tomów dzieł pochodzących z XV – XIX wieku i napisanych w 15 językach oraz muzeum dotyczące życia szlachty. Wokół pałacu roztacza się 57 ha ogród angielski, figurujący na liście światowych ogrodów historycznych.

Przez słynny ogród musiała przejść jakaś wichura, ponieważ wszędzie zastaliśmy powalone gałęzie i błoto. Pospacerowaliśmy po ścieżkach, mijając niewielkie budynki, mostek, studnie i kapliczkę. Podążając za kierunkowskazami dotarliśmy do „wielkiego” wodospadu, który nie jest zbyt okazały i z całą pewnością choruje na prostatę – woda ledwo ciekła, jakby jakby chciała, a nie mogła, albo jakby bała się bolesnego upadku na kamienie. Znaleźliśmy także staw otoczony zielenią. Programista uwiecznił okolicę na zdjęciach, po czym wybraliśmy się na obiad.

Odnieśliśmy wrażenie, że Słowacy nie lubią Polaków. Gdzie się nie pojawiliśmy, jeśli mówiliśmy po angielsku to wszystko było w porządku (z młodszymi osobami spokojnie się rozumieliśmy, a ze starszymi bywało różnie). Natomiast jeśli obsługa usłyszała język polski, od razu odnosiła się inaczej, jakby chłodniej, z oburzeniem twierdząc, że oczywiście rozumie co się do nich mówi (chociaż rzeczywistość była całkiem inna i ostatecznie trzeba było porozumiewać się na migi). Za to zmienili swoje nastawienie do Czechów i bardzo się z nimi lubią, pomimo tego że przez ostanie dwadzieścia lat (od rozpadu Czechosłowacji) odnosili się do nich chłodno. Dzisiaj dla swoich sąsiadów z zachodniej granicy, są bardzo otwarci, co można dostrzec choćby po ilości samochodów na czeskich rejestracjach.

Na nocleg zatrzymaliśmy się w Smiżanach, w motelu Spiski Dwor. W porównaniu z dotychczasowymi miejscami, w których się zatrzymywaliśmy był trochę droższy, ale w cenę wliczał się komfortowy pokój z łazienką i śniadaniem. Więc było warto tam się zatrzymać.

Podsumowując: Przejechaliśmy 345 km. Dzień pod względem zwiedzania był nie do końca udany. Programista zdenerwował się na zwiedzany kraj do tego stopnia, że był skłonny wracać do domu, ale daliśmy mu jeszcze jedną szansę, będąc ciekawi co przyniesie kolejny poranek 🙂

Dodaj komentarz