Polska – Białystok, Tykocin, Giżycko, Ryn

18.08.2013

Noc minęła szybko. Dobrze, bo było zimno – temperatura spadła chyba do +7 stopni, brr… Pomimo tego, że byliśmy ciepło ubrani i przykryci, to spaliśmy tak, że w naszym 2-osobowym igloo, bez problemu zmieściłoby się spokojnie jeszcze ze 2 osoby. Nikt nie przewidział, że może być tak zimno. Cóż, czasami dla zdrowotności trzeba zahartować organizm, nawet wbrew własnej woli. 

Po śniadaniu, spakowani i pełni energii, wybraliśmy się na podbój kolejnych miejsc. Jednak najpierw musieliśmy przejechać przez część Puszczy Białowieskiej, która leży na terenie Polski i Białorusi i zajmuje jakieś 1500 km². Chcąc dostać się z Białowieży do Hajnówki przejeżdża się przez 20 kilometrowy las. Taka przejażdżka pozwala na kontakt z przyrodą, żubrami i innymi zwierzętami, dzięki czemu można zastanowić się, jak kiedyś wyglądał świat, w czasach kiedy nie było rozwiniętej cywilizacji i puszcza pokrywała większość obszaru Ziemi? Szkoda, że pomimo znaków ostrzegawczych „Uwaga łosie”, nie spotkaliśmy tych zwierząt, ani wilków, które żyją w puszczy.

Pierwszym miejscem, w którym się zatrzymaliśmy, był Białystok. Znajduje się w nim duży i piękny pałac Branickich. Pierwotnie w XVI wieku, na polecenie Piotra Wiesiołowskiego, zbudowano zamek, jednak po zmianie właściciela budowla została przekształcona w barokową rezydencję. Następnie była kilkukrotnie przebudowywana, rozgrabiona i częściowo zniszczona.

Obecnie pałac prezentuje się bardzo ładnie i wygląda, jak za czasów swojej świetności, ponieważ został odnowiony. W budynku mieści się w Uniwersytet Medyczny i trzeba pozazdrościć studentom, że mają tak niezwykłą uczelnię.

Za pałacem rozciąga się piękny ogród francuski, w którym znajdują się rzeźby greckich bogów i scen z mitologii oraz pawilon pod Orłem i brama Gryfa.

Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, przeszliśmy się wytyczonymi ścieżkami, obchodząc zabytek dookoła i ruszyliśmy dalej. Dotarliśmy do Tykocina, w którym planowaliśmy zwiedzić XVI-wieczny zamek. Znaleźliśmy budowlę, która wygląda bardzo ładnie i każdy kto na nią spojrzy, pomyśli, że wyremontowano istniejący zamek. Jednak po przeczytaniu jego historii okazuje się, że warownia została całkowicie zniszczona – najpierw przez pożar, następnie przez powódź, a ostatecznie rozebrano go na materiał do budowy domów i dróg. Obecny zamek przeszedł całkowitą rekonstrukcję i został zbudowany od podstaw, na podstawie zachowanych planów warowni. Ot, wybudowano sobie zamek, który pełni rolę hotelu i nie można go zwiedzać. Dlatego pstryknęliśmy kilka zdjęć, żeby uwiecznić współczesną „warownię” i pojechaliśmy dalej.

Obraliśmy kurs na Giżycko. Jadąc, mijaliśmy pola, lasy, łąki i brak cywilizacji. Od jednej wioski do drugiej jest zazwyczaj kilka do kilkunastu kilometrów, a pomiędzy nimi nie ma nic. Ciężko spotkać tubylca, a mijające nas samochody informują, że wiozą turystów. Tak więc, jechało się przyjemnie, pogoda dopisywała, było ciepło, a korki na drogach stanowiły rzadkość. (Chyba, że akurat droga jest remontowana, a wtedy przez godzinę można przejechać zaledwie 10 km).

Przybyliśmy do Giżycka, zaparkowaliśmy i wybraliśmy się zobaczyć słynną twierdzę Boyen. Zakupiliśmy bilety za pół ceny, ponieważ udało nam się trafić na święto twierdzy i tańszy wstęp. Spotkaliśmy poprzebieranych w epokowe stroje ludzi i innych turystów oczekujących na przewodnika, więc (jak to mamy w zwyczaju) poszliśmy pozwiedzać, na swój sposób. Trasa oznaczona jest strzałkami i opisana tabliczkami, więc nie można się zgubić.

Okazuje się, że twierdza Boyen jest strasznie przereklamowana i nie ma tam niczego ciekawego do zwiedzenia. Na większości budynków wisi tabliczka: „Nie wchodzić, grozi zawaleniem”, a pomieszczenia do których można wejść, są częściowo zdewastowane lub przypominają pustą piwnicę. Dobrze, że w muzeum można znaleźć makietę, jak twierdza wyglądała, bo obecnie jest to parę ton kamieni i betonu wkopanego w ziemię. Przeszliśmy po wałach, przyjrzeliśmy się fortyfikacji z góry i postanowiliśmy, czym prędzej, opuścić to gruzowisko. Szczerze mówiąc, nie mamy pojęcia czym ludzie się zachwycają, bo nam się nie podobało.

Udaliśmy się w stronę parkingu. Przechodząc przez mostek przyglądaliśmy się przepływającym łódkom. Kiedy most się podnosi, pojazdy płynące z jednej strony muszą się zatrzymać, aby przepuścić łodzie z naprzeciwka. I w tym momencie usłyszeliśmy dziwny dźwięk i zobaczyliśmy mężczyznę, który całym impetem uderzył łodzią o brzeg, a na jego łupince widniał napis: „Do wynajęcia bez uprawnień”. Cóż, chyba nie przeszedł kursu jak należy sterować owym pojazdem, chociaż z pewnością by mu się przydał.

Kolejny przystanek podróży miał miejsce gdzieś w lesie. Wiadomo, czasami trzeba wyjść za potrzebą. Jednak tak się złożyło, że wybraliśmy bardzo dobre miejsce, ponieważ nazbieraliśmy sporo jagódek – prosto z krzaczka, nie pryskane, bez konserwantów i sztucznych barwników 😀

Wcześniej niejeden raz chcieliśmy się zatrzymać na postój, albo zrobić sobie piknik przy drodze, jednak pobocza są strasznie zaśmiecone. Wydaje nam się, że nie jest ciężko pozbierać swoje śmieci i wyrzucić do kubła w jakimś miasteczku. Ale Polacy nie dbają o ekologię (pomimo tego, że tyle mówi się o sortowaniu odpadów i ochronie środowiska) i wolą wyrzucać resztki do lasu. A później idąc do lasu i chcąc pooddychać świeżym powietrzem, czujemy się jak na wysypisku, bo wszędzie walają się się różne odpady.

Dojechaliśmy do Rynu, w którym postanowiliśmy się zatrzymać na nocleg. Jednak po sprawdzeniu prognozy pogody, w której zapowiadano nocne opady deszczu, postanowiliśmy coś wynająć. Dlatego jeżdżąc po miasteczku dotarliśmy do „Tawerny pod byczkiem”, w której wynajęliśmy pokój. Z pokoju mięliśmy świetny widok na jezioro, więc postanowiliśmy odpocząć.

Po zjedzeniu obiadu, udaliśmy się na leniwy spacer po okolicy, podczas którego znaleźliśmy pokrzyżacki zamek-hotel i dwa jeziora Ryńskie i Ołowskie. Posiedzieliśmy na brzegu, wpatrując się w łodzie i coraz bardziej pochmurne niebo, po czym wróciliśmy do pokoju.

Podsumowując: Przejechaliśmy 310 km. Mogliśmy zobaczyć potęgę nieprzebranej puszczy, w której znajdują się ostatnie fragmenty lasu o charakterze pierwotnym. Napawaliśmy się pięknymi krajobrazami i urokiem pałacu w Białymstoku oraz nie potrafiliśmy zrozumieć, dlaczego twierdza Boyen (albo to, co po niej pozostało) przyciąga takie rzesze turystów, skoro to tylko sterta gruzu, którą powinno się zasypać i teren wykorzystać w jakikolwiek inny sposób, przykładowo budując nowy zamek 😛

Dodaj komentarz