Białystok, Tykocin, Giżycko, Ryn

Noc minęła szybko. Dobrze, bo było zimno – temperatura spadła chyba do 7 stopni. Brr… Pomimo tego, że byliśmy ciepło ubrani i przykryci, to spaliśmy tak, że w naszym 2-osobowym igloo, bez problemu zmieściłoby się spokojnie jeszcze ze 2 osoby. Nikt nie przewidział, że może być tak zimno. Cóż, czasami dla zdrowotności trzeba zahartować organizm, nawet wbrew własnej woli. 

Po śniadaniu pełni energii, wybraliśmy się na podbój kolejnych miejsc. Jednak najpierw musieliśmy przejechać przez część Puszczy Białowieskiej, która leży na terenie Polski i Białorusi i zajmuje jakieś 1500 km². Chcąc dostać się z Białowieży do Hajnówki przejeżdża się przez 20 kilometrowy las. Taka przejażdżka pozwala na kontakt z przyrodą, żubrami i innymi zwierzętami, dzięki czemu można zastanowić się, jak kiedyś wyglądał świat, w czasach kiedy nie było rozwiniętej cywilizacji i puszcza pokrywała większość obszaru Ziemi? Szkoda, że pomimo znaków ostrzegawczych „Uwaga łosie”, nie spotkaliśmy tych zwierząt, ani wilków, które żyją w puszczy.

Pierwszym miejscem, w którym się zatrzymaliśmy, był Białystok. Znajduje się w nim duży i piękny pałac Branickich. Pierwotnie w XVI wieku, na polecenie Piotra Wiesiołowskiego, zbudowano zamek, jednak po zmianie właściciela budowla została przekształcona w barokową rezydencję. Następnie była kilkukrotnie przebudowywana, rozgrabiona i częściowo zniszczona.

Obecnie pałac prezentuje się bardzo ładnie i wygląda, jak za czasów swojej świetności, ponieważ został odnowiony. W budynku mieści się w Uniwersytet Medyczny i trzeba pozazdrościć studentom, że mają tak niezwykłą uczelnię.

Za pałacem rozciąga się piękny ogród francuski, w którym znajdują się rzeźby greckich bogów i scen z mitologii oraz pawilon pod Orłem i brama Gryfa.

Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, przeszliśmy się wytyczonymi ścieżkami, obchodząc zabytek dookoła i ruszyliśmy dalej. Dotarliśmy do Tykocina, w którym planowaliśmy zwiedzić XVI-wieczny zamek. Znaleźliśmy budowlę, która wygląda bardzo ładnie i każdy kto na nią spojrzy, pomyśli, że wyremontowano istniejący zamek. Jednak po przeczytaniu jego historii okazuje się, że warownia została całkowicie zniszczona – najpierw przez pożar, następnie przez powódź, a ostatecznie rozebrano go na materiał do budowy domów i dróg. Obecny zamek przeszedł całkowitą rekonstrukcję i został zbudowany od podstaw, na podstawie zachowanych planów warowni. Ot, wybudowano zamek, który pełni rolę hotelu. Zrobiliśmy kilka zdjęć, żeby uwiecznić współczesną „warownię” i udaliśmy się dalej.

Jadąc dalej, mijaliśmy pola, lasy, łąki i brak cywilizacji. Od jednej wioski do drugiej jest zazwyczaj kilka, a nawet kilkunaście kilometrów, a pomiędzy nimi nie ma nic. Ciężko spotkać tubylca, a mijające nas samochody informują, że wiozą turystów. Tak więc, jechało się przyjemnie, pogoda dopisywała, było ciepło, a korki na drogach stanowiły rzadkość. (Chyba, że akurat droga jest remontowana, a wtedy przez godzinę można przejechać zaledwie 10 km).

Przybyliśmy do Giżycka. Wybraliśmy się zobaczyć słynną twierdzę Boyen. Zakupiliśmy bilety za pół ceny, ponieważ trafiliśmy na święto twierdzy. Spotkaliśmy poprzebieranych w epokowe stroje ludzi i innych turystów oczekujących na przewodnika, więc (jak to mamy w zwyczaju) poszliśmy pozwiedzać, na swój sposób. Trasa oznaczona jest strzałkami i opisana tabliczkami, więc nie można się zgubić.

Okazuje się, że twierdza Boyen jest przereklamowana i nie ma tam niczego ciekawego do zwiedzenia. Na większości budynków wisi tabliczka: „Nie wchodzić, grozi zawaleniem”, a pomieszczenia do których można wejść, są częściowo zdewastowane lub przypominają pustą piwnicę. Dobrze, że w muzeum można znaleźć makietę, jak twierdza wyglądała, bo obecnie jest to parę ton kamieni i betonu wkopanego w ziemię. Przeszliśmy po wałach, przyjrzeliśmy się fortyfikacji z góry i postanowiliśmy, czym prędzej, opuścić to gruzowisko. Szczerze mówiąc, nie spodobało nam to, co zobaczyliśmy.

Udaliśmy na spacer po miasteczku. Przechodząc przez mostek przyglądaliśmy się przepływającym łódkom. Kiedy most się podnosi, pojazdy płynące z jednej strony muszą się zatrzymać, aby przepuścić łodzie z naprzeciwka. Nagle usłyszeliśmy dziwny dźwięk i zobaczyliśmy mężczyznę, który całym impetem uderzył łodzią o brzeg. Na jego łupince widniał napis: „Do wynajęcia bez uprawnień”. To wiele tłumaczy.

Kolejny przystanek podróży miał miejsce gdzieś w lesie. Wiadomo, czasami trzeba wyjść za potrzebą. Jednak tak się złożyło, że wybraliśmy bardzo dobre miejsce, ponieważ nazbieraliśmy sporo jagódek – prosto z krzaczka, nie pryskane, bez konserwantów i sztucznych barwników.

Wcześniej niejeden raz chcieliśmy się zatrzymać na postój, albo zrobić sobie piknik przy drodze, jednak pobocza są strasznie zaśmiecone. Wydaje nam się, że nie jest ciężko pozbierać swoje śmieci i wyrzucić do kosza w jakimś miasteczku. Ale Polacy nie dbają o ekologię (pomimo tego, że tyle mówi się o sortowaniu odpadów i ochronie środowiska) i wyrzucają resztki do lasu. A później idąc do lasu i chcąc pooddychać świeżym powietrzem, czujemy się jak na wysypisku, bo wszędzie walają się się różne odpady.

Dojechaliśmy do Rynu, w którym zatrzymaliśmy się na nocleg. Po sprawdzeniu prognozy pogody, w której zapowiadano nocne opady deszczu, zrezygnowaliśmy z campingu i postanowiliśmy wynająć pokój. Jeżdżąc po miasteczku dotarliśmy do „Tawerny pod byczkiem”, skąd mięliśmy świetny widok na jezioro.

Po obiedzie, udaliśmy się na leniwy spacer po okolicy, podczas którego znaleźliśmy pokrzyżacki zamek-hotel i dwa jeziora: Ryńskie i Ołowskie. Posiedzieliśmy na brzegu, wpatrując się w łodzie i coraz bardziej pochmurne niebo, po czym wróciliśmy do pokoju.

Podsumowując: Przejechaliśmy 310 km. Mogliśmy zobaczyć potęgę nieprzebranej puszczy, w której znajdują się ostatnie fragmenty lasu o charakterze pierwotnym. Napawaliśmy się pięknymi krajobrazami i urokiem pałacu w Białymstoku oraz nie potrafiliśmy zrozumieć, dlaczego twierdza Boyen (albo to, co po niej pozostało) przyciąga takie rzesze turystów?

18.08.2013

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz