Tworków i Krzyżanowice

29.09.2012

Nastał ciepły wrześniowy dzień, więc nabraliśmy ochoty, aby skorzystać z pięknej pogody i pozwiedzać. Spojrzeliśmy na mapę w poszukiwaniu pobliskich atrakcyjnych miejsc i nasz wybór padł na Tworków – wioskę w województwie śląskim, w gminie Krzyżanowice, leżącą 15 km od Raciborza, w której znajdują się zabytkowe XIV-wieczne ruiny pałacu. To właśnie owe ruiny przyciągnęły naszą uwagę na tyle mocno, żeby zobaczyć je z bliska. 

Za czasów świetności pałac, mógł prezentować się bardzo okazale i przyciągać wpływowych ludzi oraz piękne damy, które przechadzały się po jego komnatach i ogrodach. Natomiast dzisiaj pałac stoi ostatkiem sił (przetrwał dwa pożary i wojnę, więc nic dziwnego, że jest w opłakanym stanie) i jest odgrodzony od zwiedzających solidnym sznurem, aby nie podchodzić zbyt blisko, gdyż można oberwać w głowę jakimś odpadającym kawałkiem cegły. Jednak zdarzają się odważni ludzie podchodzący blisko ruin… są to młode pary, które na tle pałacu robią sobie pamiątkowe zdjęcia ślubne, czego byliśmy świadkami.

W pobliżu pałacu znajdują się ścieżki do spacerowania, średniej wielkości jezioro, w którym wędkarze łowią ryby oraz stary młyn, mieszczący się w ceglanym budynku.

Pospacerowaliśmy wokół jeziora, ciesząc się ciepłą jesienną pogodą i własnym towarzystwem, zrobiliśmy trochę zdjęć i stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy w Tworkowie to wypada zobaczyć co ciekawego kryją w sobie Krzyżanowice. W końcu leżą bardzo niedaleko.

W Krzyżanowicach znaleźliśmy pałac. Obecnie pełni on rolę klasztoru Sióstr Franciszkanek i domu opieki. Lecz w przeszłości, przez parę lat, gościli tam sławni kompozytorzy, tacy jak Ludwig van Beethoven czy Franciszek Liszt. Z czego ten drugi, na tyle zżył się z miasteczkiem, w którym przez 5 lat tworzył dzieła muzyczne, że na jego cześć wybudowano pamiątkowy skwer.

Wokół pałacu rozciąga się ogród z licznymi ścieżkami spacerowymi i kaplicą, a wszystko to kryje się za solidną, murowaną bramą. Niestety wszędzie znajdą się bezmózdzy wandale, którzy „bawiąc się” w pseudoartystów, bazgrzą po zabytkowych murach, nie zastanawiając się nad ich historyczną przeszłością czy znaczeniem dla mieszkańców, i niszczą sprayem co popadnie, co też nie ominęło bramy głównej.

Dzień zmierzał ku końcu, więc postanowiliśmy zatrzymać się na poboczu w „czerwonym polu”, z daleka wyglądającego niesamowicie. Jak się okazało rośliny porastające pole, to amarantus wiechowaty, zwany szarłatem lub indiańskim zbożem. Przyznam, że pierwszy raz spotkałam się z tą rośliną spożywczą, która ma wiele zalet i substancji pozytywnie wpływających na zdrowie i wygląd człowieka. Zrobiliśmy, więc parę zdjęć i wróciliśmy do domu.

Podsumowując: To był bardzo udany dzień, podczas którego znów mogliśmy zobaczyć coś ciekawego 🙂

Dodaj komentarz