Węgry – Sumeg, Sarvar, Koszeg, Nagycenk

14.08.2012

Po spędzeniu nocy pod namiotem, zostaliśmy obudzeni przez ptaki. Ornitologom spodobałoby się to miejsce, bo można zaobserwować, a przede wszystkim usłyszeć wiele odmian ptaków. Rozpoznałam sowę, dzięcioła i szpaki, ale jestem pewna, że szczebioczących ptaków było dużo więcej. Złożyliśmy namiot, zjedliśmy śniadanie i już około godziny 9.00 jechaliśmy do kolejnego punktu naszej wycieczki. 

Dotarliśmy do Sümegu. Wjeżdżając do miasteczka nagle pojawił się przed nami sporej wielkości zamek. Warownia z zewnątrz wygląda bardzo ładnie, jednak jest bardzo uwspółcześniona, co naszym zdaniem zasługuje na spory minus. Skoro są to ruiny, to powinny zostać zachowane w oryginalnym kształcie. Konserwacja to jedno, ale kafelki na podłodze, czy rzucająca się w oczy instalacja elektryczna, to co innego. Zwiedzających turystów było wielu, ceny za wstęp są kosmicznie wysokie (zapłaciliśmy 12 euro), więc właściciele zarobią na remont w dawnym stylu, bo taki uwspółcześniony zamek traci specyficzny klimat.

Weszliśmy do każdej możliwej komnaty. Zostałam zakuta w dyby, przez Programistę, który chciał mnie tam zostawić, więc sama musiałam się z nich wyzwolić. A później stwierdził, że: „Dyby były zepsute. Zresztą dla Ciebie powinni zrobić rozmiar mniejszy”. Było wesoło.

Kolejny przystanek w podróży stanowił Sárvár. W wolnym tłumaczeniu nazwa oznacza „zamek błoto”. Dlatego postanowiliśmy poszukać „zamku na wodzie”, który rzekomo znajdował się w okolicy. Znaleźliśmy tylko pałacyk z ogrodem, mieszczący się w centrum miasta. Wody ani bagien nie było. Może wyparowała od tych letnich upałów. Kto wie?

Kierując się w stronę granicy austriacko-węgierskiej, dotarliśmy do Kőszegu. Miasteczko ma zabudowę średniowieczną, to znaczy za murami obronnymi znajdują się wąskie uliczki, wzdłuż których poustawiane są domki. W centrum znajduje się kościół, a do miasteczka prowadzi wejście przez jedną bramę.

O ile byłyby ciekawsze lekcje historii, jakby zabierano uczniów w takie miejsca? Z tego co pamiętam, to średniowieczną zabudowę miejską, przedstawiano nam na przykładzie książek. Owszem, są jeszcze filmy. Ale to nie to samo, co zobaczyć wygląd średniowiecznego miasteczka na własne oczy i móc się przejść po nim osobiście. Całość wygląda rewelacyjnie i robi duże wrażenie.

Opuściliśmy miasteczko i ruszyliśmy w stronę Austrii. Przekroczyliśmy granicę i nie zmieniło się prawie nic, z wyjątkiem napisów w języku niemieckim. Po głębszym zastanowieniu się Austria, chociaż ma budownictwo takie jak na Węgrzech, jest jakaś bardziej czysta, jasna i zadbana. A może, tylko nam się wydaje?

Spisaliśmy numery dróg i nazwy miejscowości, przez które mieliśmy przejechać, ale na niewiele się to zdało. Drogi mniejszych miasteczek są słabo oznaczone, a poza granicą nawigacja przestała nam działać (Internet miał zasięg tylko na Węgrzech), więc zgubiliśmy się. Ale od czego jest policja? Wystarczy spytać o drogę i wszystko powinno być jasne. Panowie policjanci rysując mapkę źle nas wykierowali, gdyż pomylili się co do zjazdu z ronda, przez co oddaliliśmy się od granicy w głąb kraju i nadal kluczyliśmy. Znaleźliśmy kolejny patrol policji, (który łapał kierowców na radar), więc zrobiliśmy podejście numer dwa. Porozumiewaliśmy się mieszaną angielszczyzno-niemieczcyzną, dzięki czemu zostaliśmy pokierowani tak, że udało się dojechać do wyznaczonego celu.

Uwaga: Węgrzy mają o niebo lepiej poznaczone i poopisywane drogi i nie sposób się tak łatwo zgubić, jak w Austrii.

Co ciekawe, na Węgrzech jest bardzo dużo patroli policyjnych. Odnieśliśmy wrażenie, że chyba każde pierwsze dziecko (bez względu na płeć) zostaje policjantem, aby pilnować ładu i porządku w kraju. Serio. Podczas przejechanej trasy, w każdym miasteczku pojawiły się radiowozy, albo piesze patrole pilnujące porządku.

Natomiast na drogach jest bardzo mało fotoradarów. Poznaliśmy przeróżne drogi: główne i podrzędne, jeździliśmy po terenach zabudowanych i niezabudowanych, poruszaliśmy się po centrach miast i drogach między polami i zaledwie w kilku miejscach stały fotoradary. Chociaż ruch samochodowy jest duży i wszędzie widać różne pojazdy, to przydrożnych fotografów jest bardzo mało i państwo jakoś egzystuje. Polska mogłaby się uczyć od Węgrów.

Jeśli jesteśmy przy temacie dotyczącym samochodów, to musimy wspomnieć że, występuje bardzo duża rozbieżność co do marki i rocznika pojazdu. Na ulicach można spotkać zarówno najnowsze modele prosto z salonu samochodowego, jak i zabytkowe wozy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że tych starych aut jest bardzo dużo, a przede wszystkim: trabantów, garbusów, zastaw, ład i maluchów. Każdy jeździ tym co ma, niekoniecznie zwracając uwagę na stan techniczny pojazdów.

Ostatnie miejsce podróży po Węgrzech to Nagycenk. Znaleźliśmy tam pałacyk i muzeum pociągów. Jednak pierwsze co rzuciło nam się w uszy to… język polski. Jakaś polska kolonia postanowiła zwiedzić muzeum i chociaż wydawać by się mogło, że nastolatkowie to prawie dorośli ludzie, to zachowywali się okropnie, hałasując jak stado bawołów. Aż wstyd. Nie przyznając się do rodaków oddaliliśmy się od centrum hałasu i udaliśmy się na kawę.

Zrobiliśmy jeszcze ostatnie zakupy. Na parkingu około 18.00 urządziliśmy sobie dziki piknik (kanapki i węgierskie zupki chińskie), pożegnaliśmy się z pięknym krajem i udaliśmy się w drogę powrotną – jakieś 360 km, aby około 1.00 w nocy zakończyć wakacyjną podróż.

Podsumowując: Podróż po Węgrzech trwała 7 dni, podczas których przejechaliśmy 2050 km, czyli 1/3 powierzchni kraju, zahaczając o Czechy, Austrię i Słowację. (Programista nie pozwolił mi poprowadzić samochodu ani przez kilometr!) Przywieźliśmy mnóstwo pięknych zdjęć oraz bezcenne wspomnienia, przeżycia i doświadczenia, które zostaną na zawsze w naszej pamięci. To była niesamowita wakacyjna wyprawa! Tylko szkoda, że tak szybko się skończyła.

Dodaj komentarz