Węgry – Miszkolc, Szerensc, Tarcal, Tokaj

08.08.2012

Jak to się mówi „Komu w drogę temu… jazda.” Była godzina 7.15, kiedy wyruszyliśmy na podbój Węgier. Dzień wcześniej się spakowaliśmy, starając się nie zapomnieć o niczym, a zwłaszcza o plecaku… Plecak podróżny, zwany bagażem podręcznym mojego Programisty, to część zaplecza sklepu sprzedającego sprzęt elektroniczny. Zawiera się w nim notebook, 2 aparaty (łącznie z moim osobistym 3), niezliczona ilość kabli przeróżnego rodzaju, ładowarek, kart pamięci i baterii. A do tego dwie komórki (plus mój telefonik), gps notujący przejechaną trasę i kamerka. No cóż, jadąc do innego kraju, trzeba się przygotować na… wszystko. 

Aby dotrzeć na Węgry, przejechaliśmy przez Czechy i Słowację. Ale zanim dotarliśmy do wyznaczonego celu, zatrzymaliśmy się na Słowacji, gdzie znaleźliśmy się w otoczeniu pięknych krajobrazów i ruin zamku Stary Hrad, znajdującego się na wzgórzu. Zrobiliśmy kilka zdjęć i kontynuowaliśmy podróż.

Chociaż w naszej podróży kierowaliśmy się wydrukowaną mapką, to jakimś cudem zgubiliśmy 100 km drogi. Jednak miły, polski kierowca tira użyczył nam swojej wiedzy i mapy, wskazując brakujące kilometry, które i tak trzeba było nadrobić. To był drugi postój i jednocześnie przerwa na drugie śniadanie oraz rozprostowanie kości.

Przekroczyliśmy granicę i na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że nic się nie zmieniło w krajobrazie. Nadal mijaliśmy różnorodne, kolorowe pola i łąki. Ale jak się przyjrzeliśmy bliżej i dokładniej, to krajobraz uległ delikatnej zmianie. Trudno powiedzieć czym ta zmiana została wywołana. Może wszystkiemu winna była nasza podświadomość, która mówiła: „To już Węgry, inny kraj, jest cieplej, więc musi być inaczej niż na Słowacji”. Jedno jest pewne: Kraj ten słynie upraw winorośli, kukurydzy i słonecznika. Co widać wszędzie.

Myśleliśmy, że dotarliśmy na miejsce. Jednak tak nam się tylko zdawało. Punktem docelowym i jednocześnie pierwszym miejscem na Węgrzech, miał być parking przed TESCO. Owszem, znaleźliśmy parking, ale nie ten, pod którym mięliśmy się zatrzymać. Po sprawdzeniu okazało się, że do wyznaczonego celu mieliśmy zrobić jeszcze jakieś 20 km, żeby dojechać do Miszkolca. Ale wszystko się udało i można powiedzieć, że na parkingu pod sklepem byliśmy ok. godziny 14.00.

Na spokojnie wybraliśmy się do sklepu, aby kupić Internet, bez którego żaden Programista (a zwłaszcza mój) się nie obejdzie. Niestety porozumiewanie się z tubylcami jest bardzo trudne, bo język węgierski nie jest podobny do żadnego cywilizowanego języka. To jakby skrzyżowanie języka chińskiego ze słowackim, niemieckim, holenderskim i francuskim. A angielskim posługuje się niewiele osób. Tak więc trzeba dogadywać się połączeniem angielszczyzny, niemiecczyzny i na migi, i dopiero wtedy można jakoś dojść do porozumienia.

Internet zakupiliśmy, więc ruszyliśmy zwiedzać miasto. Ale najpierw trzeba było znaleźć miejsce do zaparkowania i tutaj zaczęły się problemy. W większych miastach wszystkie parkingi są płatne i strzegą ich te śmieszne urządzenia, zwane parkometrami. Kupić bilet się udało dopiero po trudnej walce z maszyną i z pomocą pana mówiącego tylko po Węgiersku. Ale niczego nie zepsuliśmy i to jest duży plus.

Wzięliśmy aparaty i poszliśmy w miasto. Miszkolc jest tak duży, że aby go obejść i zwiedzić musielibyśmy spędzić tutaj jakieś 2 dni. Tak więc obeszliśmy centrum, uwieczniliśmy najciekawsze i najładniejsze budynki/miejsca i postanowiliśmy uciekać przed nadmiernym ruchem ulicznym. Jednak i tak utknęliśmy w korkach i na samym wyjeździe z miasta spędziliśmy dużo czasu.

Rada na przeszłość: Omijać duże miasta w godzinach szczytu!

Waluta na Węgrzech jest hmm… interesująca. Płaci się w forintach i przelicznik na złotówki jest specyficzny. Wygląda to tak, że 1000 HUF (forintów) to około 15 PLN (złotych). Tak więc, idąc do sklepu, żeby się nie pogubić, najlepiej mieć przy sobie konwerter walut z pobranym, aktualnym kursem walut.

Dotarliśmy do Szerencs. Okazało się, że miasteczko to jest malutkie i nie ma w nim nic oprócz odrestaurowanego zamku przekształconego na hotel. Zrobiliśmy parę zdjęć i poszliśmy upolować coś na obiad. Ale… przeszliśmy miasteczko wzdłuż i wszerz, a że było coś koło godziny 17.30, to wszystko było pozamykane. I bądź tu człowieku głodny. Na szczęście, przy głównej drodze, znaleźliśmy lokal w stylu dzikiego zachodu (bardzo regionalnie), zjedliśmy obiad i pojechaliśmy dalej, przez Tarcal do Tokaju.

W Tarcalu miało się znajdować małe jeziorko ukryte wśród gór. I co? Przejechaliśmy całą niewielką wioskę wzdłuż i wszerz, i niczego takiego nie znaleźliśmy. Minęliśmy mnóstwo uroczych i rozległych winnic, których na Węgrzech nie brakuje, ale jeziorka nigdzie nie było. Słońce zmierzało ku horyzontowi i niebo zabarwiło się dziesiątkami kolorów, więc postanowiliśmy nie szukać dłużej jeziorka, tylko pojechać dalej i znaleźć jakiś nocleg.

Ostatni przystanek pierwszego dnia zrobiliśmy w Tokaju! Znaleźliśmy nocleg u pani prawie wcale nie mówiącej po angielsku. To był ładny pokoik z dużym łóżkiem i łazienką. W końcu nic więcej do szczęścia nam nie potrzeba.

Tokaj nocą jest piękny. Małe, kręte uliczki są ślicznie oświetlone, latarnie odbijają swoje światło od rzeki, łodzie zacumowały przy brzegu, a do tego jest ciepło i mnóstwo gwiazd oświetla nocne niebo. Wszystko to robi niesamowite wrażenie.

Było już dosyć późno, ale miasteczko tętniło własnym życiem. Wszędzie można było spotkać ludzi, a zwłaszcza turystów z Polski. Lokale i restauracje wciąż były czynne, a po uliczkach niosło się echo rozmów i szeptów prowadzonych w różnych językach. Usiedliśmy w ogrodzie i zamówiliśmy po lampce lokalnego wina (które było pyszne i mocne – szczerze polecamy!). Odpoczywaliśmy rozkoszując się trunkiem, własnym towarzystwem, pięknem, spokojem i ciepłem letniej nocy, podczas pierwszego dnia naszego wyjazdu.

Podsumowując: W sumie zrobiliśmy 430 km (po Węgrzech jakieś 100 km), zobaczyliśmy wiele przepięknych widoków, spotkaliśmy wielu ludzi, których nie da się zrozumieć, czyli to był bardzo udany dzień! 🙂

Dodaj komentarz