Węgry – Bodrogkeresztúr, Uj-tavak, Mezőkővesd, Verpelet, Sirok, Parádfürdö, Szentendre

09.08.2012

Rano postanowiliśmy zobaczyć jak Tokaj wygląda w dzień i… szczerze mówiąc nie zachwycił nas jakoś specjalnie. W dzień miejsce to wygląda jak jedno z licznych, niczym nie wyróżniających się miasteczek, jakich wiele na Węgrzech. Natomiast nocą jest magiczne i pozwala dostrzec swój czar i urok. 

Pojechaliśmy dalej i dotarliśmy do Bodrogkeresztúr. Jest to małe miasteczko, w którym znajduje się wiele wąskich uliczek i zadbanych, a przede wszystkim pasujących do całości, domków. Ludzie w ogródkach mają przede wszystkim winogrona. I gdzie by nie spojrzeć rozciągają się winnice. Większe, mniejsze, do wyboru, do koloru. Wszędzie można zauważyć małe bezcenne, dla mieszkańców, kuleczki.

Mogłoby się wydawać, że bocian jest symbolem Polski. Jednak na Węgrzech jest ich mnóstwo. Na kominach, na specjalnie wzniesionych słupach, na słupach elektrycznych, wszędzie są bocianie gniazda. Natomiast wieczorem ich klekotanie niesie się echem po okolicy, tak, że ludzie przystają, podnoszą głowy i nasłuchują. Być może bociany chcą przekazać im jakąś dobrą wiadomość, kto wie?

Kolejny przystanek zrobiliśmy w przydrożnym McDonalds. To miejsce, gdzie można wypić szybką kawę, więc zamówiliśmy espresso. Szczerze mówiąc, to była miniaturowa, ale najmocniejsza kawa, jaką wypiłam w życiu. W tamtym momencie wydawało mi się, że po takiej dawce kofeiny nie zasnę do końca życia. Ale na szczęście się myliłam.

Kolejny na naszej trasie był Uj-tavak. Miejsce to zrobiło na nas wrażenie. Po obu stronach drogi rozciągają się piękne widoki dwóch jeziorek, od których odbija się słońce, a ich brzeg porasta bujna roślinność i mnóstwo kwiatów. Musieliśmy się zatrzymać i zrobić zdjęcia (tym się zajął mój Programista) oraz pozachwycać się widokami (to moja rola).

Mezőkővesd – to kolejne, malutkie miasteczko, które przeszliśmy wzdłuż i wszerz. W centrum znajduje się kilka elegancko odrestaurowanych budynków i kościół. Jakżeby mogło być inaczej? Odnoszę wrażenie, że podczas budowy miasta najpierw stawiano kościół, po czym budowano domy, ponieważ w każdej wiosce jest przynajmniej jeden kościół. Zresztą na Węgrzech są same kościoły a wszystkie są do siebie podobne. Albo powstawały w jednym okresie, albo po prostu było wygodniej i taniej budować według jednego planu.

Pojechaliśmy dalej, wciąż kierując się w stronę Egeru. Jednak, nauczeni poprzednim dniem omijać duże miasta, nie chcieliśmy do niego wjeżdżać. Tak więc, podjęliśmy decyzję, że trzeba jakimś sposobem ominąć to miasto, jednocześnie nie omijając naszych wyznaczonych punktów na mapie. Jadąc przed siebie, prowadzeni intuicją i dobrą orientacją w terenie mojego Kierowcy, (ja to pewnie już z 10 razy bym się zgubiła) ominęliśmy Eger. A co więcej, jadąc okrężnymi drogami mijaliśmy piękne widoki, czyli rozległe pola słoneczników, kukurydzy a przede wszystkim winorośli. Wzgórza, na których znajdują się plantacje winogron są takie zielone, że trudno to opisać. Odnoszę wrażenie, że tu na Węgrzech nie ma gospodarstwa, które nie posadziłoby winogron. W każdym przydomowym ogródku rosną winogrona. Tak więc, kolejny przystanek podróży zrobiliśmy właśnie na takim polu winorośli. Musiało ono mieć kilka hektarów, ponieważ ciągnęło się w nieskończoność, a wzrokiem nie dało się go objąć. Powiem jedno, winogrona z tych pól są pyszne! Nikt się przecież nie zorientuje, że zjedliśmy troszeczkę. Przecież musieliśmy zdegustować czy aby nie są kwaśne, albo zbyt słodkie… No chyba, że w ten oto sposób usprawiedliwiam to, że nie mogłam się oprzeć tym małym fioletowym kuleczkom… Mniam!

Kolejne miasteczko naszej podróży to Verpelet. Ale nie wyróżniało się ono niczym specjalnym. Ot, kolejne małe miasteczko, w którym obowiązkowo stoi stary kościół i kilka innych kolorowych budynków. A wszędzie można spotkać rowerzystów.

Ciekawy jest fakt, że na Węgrzech jest baaardzo dużo rowerzystów. Gdzie by nie spojrzeć, tam ktoś jedzie na rowerze, albo prowadzi rower, albo rower stoi zaparkowany przed sklepem, czy przed miejscem pracy. Jednak mieszkańcy mają do tego możliwości. Mogą bezpiecznie poruszać się rowerami, po publicznych drogach. Wszędzie są wyznaczone ścieżki dla rowerzystów, a nawet zdarza się, że mają oni wyznaczone osobne pasy na drodze. To jest bardzo praktyczne.

Kolejno pojechaliśmy do Siroka. A dokładnie wybraliśmy się zdobywać zamek. Zostawiliśmy autko na parkingu i naprzód! Weszliśmy na szczyt góry, gdzie zobaczyliśmy cudne, górskie widoki, rozciągającego się wokół lasu i pobliskiego miasteczka. Te ruiny są świetne! Można chodzić po zamku, a nawet wyjść na sam szczyt po licznych skałach i podstawionej drabinie. A najlepsze jest to, że nic nie jest odgrodzone barierkami i nikt nie boi się, że turysta runie w dół. W Polsce na szczycie postawiono by barierkę lub dla pewności jakiś mur. A tutaj nikt nie boi się, że nieuważny turysta spadnie. Po prostu trzeba się pilnować.

Po zejściu z zamku, wybraliśmy się na obiad, po czym kontynuowaliśmy podróż.

Następny, dosyć spontaniczny, przystanek podróży zrobiliśmy w Parádfürdö. Zatrzymaliśmy się tam ze względu na park z ładnymi budynkami i poskręcanymi drzewami. Wygląda na to, że park znajduje się przy szpitalu, albo jakimś sanatorium, ponieważ można było spotkać wielu starszych ludzi. Pospacerowaliśmy, zrobiliśmy kilka ładnych ujęć i wybraliśmy się dalej, do kolejnego celu podróży.

Ciągle znajdowaliśmy się na północnym-wschodzie Węgier. Terytorium to leży w górach, dlatego drogi przypominają serpentyny biegnące przez nieprzenikniony, tajemniczy las. Zdobywać szczytów już nam się nie chciało, a do nocy było jeszcze daleko, więc postanowiliśmy zatrzymać się w ostatnim, na ten dzień, miasteczku o nazwie Mátrafüred. Chcieliśmy zobaczyć basztę, ale okazało się, że znajduje się ona gdzieś w górach, gdzie można zabłądzić (zwłaszcza po zmroku), więc odpuściliśmy sobie ten punkt podróży. W zamian rozejrzeliśmy się po okolicy, ale miasteczko niczym konkretnym nas nie urzekło. Oglądanie hoteli, których w okolicy nie brakuje, nie było niczym interesującym, więc pojechaliśmy szukać miejsca na nocleg.

Noc pod namiotem, to coś co chcieliśmy przeżyć! Więc zaczęło się poszukiwanie pól campingowych. W Internecie znaleźliśmy jakieś pole namiotowe, ale… było nieczynne. Tak więc szukaliśmy dalej. Jednak im dalej zagłębialiśmy się w trasę, tym robiło się później i ciemniej. Wciąż szukaliśmy noclegu w sieci, a że nie chcieliśmy spać u kogoś w polu (chociaż mogłoby być ciekawie) podjęliśmy szaloną decyzję, aby zajechać na (najbliższe!) pole campingowe, znajdujące się jakieś 120 km dalej w Szentendre, czyli kawałek drogi za Budapesztem. Owszem pytaliśmy się o nocleg w przydrożnym motelu, ale po usłyszeniu ceny, jaką zażyczyła sobie recepcjonistka, ewakuowaliśmy się z miejsca w ekspresowym tempie.

Po drodze postanowiliśmy przejechać przez Budapeszt – w końcu było już po północy, nie spieszyło się nam, a ruch był niewielki. Na pierwszy rzut oka stolica przeraża swym ogromem, potęgą, kilkupasmowymi drogami i kilkukilometrowymi centrami handlowymi (raj dla zakupoholików). Ale jak się wjedzie do centrum to… zapiera dech w piersiach. Wszystko jest oświetlone, piękne i nie wiadomo, gdzie podziać wzrok. Nie można opisać tego co poczuliśmy, to było niesamowite przeżycie. Nie mogliśmy się oprzeć, więc zatrzymaliśmy się na parę minutek, żeby popatrzeć choćby chwilkę na piękno stolicy. Niestety mój pomysł, by nie szukać noclegu i rozbić namiot na jednym ze skwerów, albo przed parlamentem, albo na wzgórzu zamkowym, albo choćby na jednym z mostów (bo pod mostem nie da rady, tam płynie Dunaj, a nasz namiot, niestety, nie jest wodoszczelny) legł w gruzach, Postanowiliśmy, że wrócimy tu następnego dnia i zrobimy duuużo zdjęć.

Wciąż oszołomieni widokiem stolicy dotarliśmy do Szentendre. Odnaleźliśmy camping i po krótkiej, ale wyczerpującej rozmowie ze stróżem, zostaliśmy wpuszczeni na teren pola namiotowego. Była godzina 1.00, kiedy wzięliśmy się za rozbijanie naszego namiotu igloo. Namiot nie jest duży, ale wystarczający dla naszej dwójki. Tak więc, po krótkim czasie, odrobinie szelestu i przy pomocy młotka (pomysł mojego Inżyniera) udało nam się go rozłożyć, prawie nie budząc sąsiadów. A następnie prosząc siły natury, żeby nie padało postanowiliśmy, że zostaniemy tam dwie noce.

Podsumowując: To był szalony i zwariowany dzień. W sumie zrobiliśmy jakieś 330 km, sporo zobaczyliśmy i dobrze się bawiliśmy. Aha, i nauczyliśmy się rozkładać namiot w ekspresowym tempie 😛

Dodaj komentarz